piątek, 3 listopada 2017

MAGDALENA KNEDLER, DZIEWCZYNA Z DALEKA

Kobieta na zakręcie historii

Gdybym jakimś cudem znów znalazła się w szkole średniej, a Magdalena Knedler była moją nauczycielką historii, bez wahania zdecydowałbym się zdawać jej przedmiot na maturze. Dlaczego? Bo autorka „Dziewczyny z daleka” wie, jak opowiadać o przeszłości, żeby było i rzetelnie, i ciekawie. A przede wszystkim, jak umiejętnie wkładać fakty między bajki.

Boję się książek obyczajowych z rysem historycznym. Najbardziej tego, że mała historia przysłoni wielką i skończy się jak zwykle, czyli on ją kocha, ona jego, a w tle huczą działa albo szczękają miecze. Niekoniecznie w tej epoce, co trzeba. Dlatego wolę sięgnąć po powieść stricte historyczną, bo wiem, że bieg dziejów jest znacznie bardziej nieprzewidywalny, a fakty bywają ciekawsze niż nawet najlepsza beletrystyka. Są jednak wyjątki. I „Dziewczyna z daleka” jest jednym z nich.

„Prawda jest dziwniejsza od fikcji, a to dlatego, że fikcja musi być prawdopodobna. Prawda – nie” – powiedział Mark Twain. Magdalena Knedler dobrze rozumie, co miał na myśli. „Dziewczyna z daleka” to coś więcej niż – jak głosi napis na okładce – „słodko-gorzka opowieść o miłości, zemście i zbrodni, z wielką historią w tle”. Tło, o którym mówi blurb, jest tutaj równie ważne co pierwszy plan książki. Zresztą, mamy do czynienia z podwójną perspektywą czasową i nie odnosimy wrażenia, żeby którakolwiek z nich została potraktowana po macoszemu. Książka zaczyna się nietypowo jak na powieść obyczajową, bo od razu mamy trupa. To znaczy – nie nieboszczyka, ale zalanego w trupa mężczyznę. I to on właśnie wraz z kobietami, które go znajdują, czyli „starą Niemrą” Nataszą Silsterwitz i jej wnuczką Mileną „Leną” Rajską wchodzą w skład trójki pierwszoplanowych postaci opowieści dziejącej się w czasach współczesnych. Jedynie prawie stuletnia Natasza jest spoiwem łączącym teraźniejszość z przeszłością i bohaterką obydwu planów czasowych. Pojawienie się tajemniczego młodego mężczyzny, który nie dość, że jest Anglikiem, to jeszcze ma przy sobie przedmioty, które wydają się Nataszy dziwnie znajome – zdjęcia i srebrną piersiówkę – burzy spokój nestorki, za to rozbudza ciekawość jej wnuczki. Odkrycie, kim jest Artur Adams, skąd wziął się w tak pięknych okolicznościach przyrody i co łączy go z Nataszą, to właśnie motyw przewodni tej książki. Knedler odsłania karty powoli. Jak na autorkę kilku kryminałów przystało, bardzo dobrze czuje się w konstruowaniu intrygi i stopniowaniu napięcia. Nie sposób jednak streścić tego, co się dzieje w powieści, bo każde zdanie mogłoby okazać się spoilerem. A tego nie można zrobić tej książce. Czytelnik musi we własnym tempie odkrywa to, co przygotowała dla niego zarówno autorka, jak i polska historia, a zwłaszcza ta ostatnia, bo to właśnie ona jest największą bohaterką tej powieści. Magdalena Knedler nadaje jej jednak ludzką twarz, a właściwie twarz kobiety – Nataszy Silsterwitz, na przykładzie której losów autorka pokazuje spory wycinek dziejów naszego kraju. Niełatwy to czas, ani dla bohaterki książki, ani dla Polski.

Akcja powieści współcześnie dzieje się u podnóży Ślęży, ale co jakiś czas wraz z bohaterami przenosimy się w odległą przeszłość, na przedwojenną Wileńszczyznę, wojenną Syberię, do powojennych Niemiec i Polski. Z czasem przeszłość i teraźniejszość zaczynają się coraz bardziej zazębiać i wzajemnie na siebie oddziaływać. My jednak nie ruszamy się z miejsca – wciąż siedzimy w kuchni sędziwej Nataszy, w domu gdzieś na końcu świata, a na pewno Polski. I to właśnie tu nasi bohaterowie zmierzą się z dobrze ukrywaną, cierpką, a nawet szokująca prawdą, poznają smak miłości, nienawiści, zdrady i zemsty, wreszcie podejmą decyzje nie tak może dramatyczne jak te, przed którymi stawali ich przodkowie, ale mające – co się z czasem okaże – równie dalekosiężne skutki. Wielka historia, jak pokazuje autorka „Dziewczyny z daleka”, składa się z nieskończonej liczby pomniejszych historii, bo tworzą ją ludzie i ich wybory. A to właśnie te ostatnie determinują to, kim byli, są i będą postaci z powieści. Knedler świetnie sobie radzi jako narratorka spiętrzonej historii kilku pokoleń i to nie tylko sprawnie przechodząc z jednego planu narracyjnego do drugiego, ale i umiejętnie łącząc elementy historyczne, kryminalne i obyczajowe w zgrabną całość. Zręcznie lawiruje w meandrach własnego świata przedstawionego, ale też zmusza czytelnika do wyjątkowej uważności i wysiłku intelektualnego, żeby sam się pobawił w dopasowywanie poszczególnych elementów układanki, zanim zrobi to za niego autorka w finale książki.

Magdalena Knedler bardzo dobrze odrobiła lekcję polskiej historii: zrobiła imponujący research, przedstawiła jego wyniki w nieszablonowy sposób, bez umniejszenia wagi tak faktów, jak i fikcji literackiej, a w biografię Nataszy, która jest postacią fikcyjną i jednocześnie bohaterką łączącą dwutorową narrację, wprawnie wplotła osoby, miejsca i wydarzenia autentyczne. I co najważniejsze: nie zgubiła się i nam zgubić się nie dała. Cieszę się, że autorka nie potraktowała małej historii jako nadrzędnej, a wielkiej jako tła, chociaż – powiem szczerze – bałam się, kiedy powoli zaczął krystalizować się trójkąt romansowy. Na szczęście zaufanie pokładane w autorce nie zostało zawiedzione. Postaci nie okazały się stereotypowe, a wątki romantyczne były raczej dramatyczne i przejmujące niż egzaltowane i ckliwe. Coś jeszcze się Knedler udało: pokazała, i to dosłownie, jak historia wpływa na teraźniejszość. „Przeszłość jest to dziś, tylko cokolwiek dalej” – pisał Norwid, a „Dziewczyna z daleka” mu przytakuje.

Na koniec nie pozostaje mi nic innego, jak tylko wystawić Magdalenie Knedler ocenę z lekcji historii, którą nam dała. Bez dwóch zdań spisała się na piątkę.

AUTOR: MAGDALENA KNEDLER
TYTUŁ: „DZIEWCZYNA Z DALEKA”
WYDAWNICTWO: NOVAE RES
ROK WYDANIA: 2017

Recenzja dla Szuflada.net



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Statystyki wizyt:



Ostatnio dodane

Recenzje

Wywiady