wtorek, 25 października 2022

Lew Tołstoj, Niezwykłe święta Ojczulka Panova

LEW TOŁSTOJ

NIEZWYKŁE ŚWIĘTA OJCZULKA PANOVA

 

Działo się to w wigilię Bożego Narodzenia i mimo że było jeszcze

wcześnie, w maleńkiej rosyjskiej wiosce światła rozświetlały już

wszystkie okna sklepów i domów a krótki zimowy dzień zaczął się już

chylić ku końcowi. Rozbawione dzieci wbiegły już do środka i zza

zamkniętych okiennic dało się słyszeć jedynie stłumione odgłosy

rozmów i śmiechu.


Leciwy Ojczulek Panov, wiejski szewc, wyszedł przed swój zakład, żeby

po raz ostatni powieść wokół wzrokiem. Radosne dźwięki, jasne światło

i delikatny, ale drażniący nozdrza zapach świątecznych potraw

przypomniały mu o minionych świętach, kiedy to jego żona wciąż żyła, a

dzieci były jeszcze małe. Dziś nie było wokół niego nikogo. Jego zwykle

promienna twarz, z delikatną siateczką zmarszczek ukrytych za

okrągłymi metalowymi okularami, posmutniała. Pewnym krokiem

wszedł jednak do środka, zamknął okiennice i postawił dzbanek na

węglowym piecu, żeby podgrzać kawę. A potem z głośnym

westchnieniem umościł się w swoim ulubionym olbrzymim fotelu.


Ojczulek Panov rzadko sięgał po książki, ale dzisiejszego wieczoru

wyciągnął wielką, starą, rodzinną Biblię i wolno wodząc palcem

wskazującym po kolejnych wersach kolejny raz przeczytał fragment

poświęcony Bożemu Narodzeniu. Czytał o tym, jak Maria i Józef,

zmęczeni podróżą do Betlejem, nie znaleźli żadnego miejsca pod

niczyim dachem, więc maleńkie dziecko Marii przyszło na świat w

stajence.

– O, rety, rety! – zawołał Ojczulek Panov. – Gdyby tylko zjawili się tutaj!

Mógłbym oddać im swoje łóżko i okryć dzieciątko patchworkową

kołderką, żeby nie zmarzło.

Kiedy czytał o mędrcach, którzy przybyli, żeby zobaczyć Dzieciątko Jezus

i ofiarować mu niezwykłe dary, zafrasował się.

– Nie mam dla niego żadnego prezentu – rzekł zasmucony.

 

Nagle jego twarz pojaśniała. Odłożył Biblię, wstał i sięgnął do wysokiej

półki w swojej izdebce. Ściągnął z niej małe zakurzone pudełko i

otworzył je. W środku znajdowała się para pięknych skórzanych

bucików. Twarz Ojczulka Panova pokraśniała z zadowolenia. Tak, były

tak doskonałe, jak je zapamiętał – najlepsze buty, jakie kiedykolwiek

zrobił. – Powinienem mu je ofiarować – podjął decyzję, odkładając je i

siadając znów w fotelu. 


Poczuł się już zmęczony i im dłużej czytał, tym bardziej robił się śpiący.

Litery zaczęły mu tańczyć przed oczami, więc chciał je przymknąć,

choćby na chwilę. Zasnął, nie wiedząc nawet kiedy.


Kiedy spał, przyśnił mu się sen. Śniło mu się, że ktoś jest w jego izdebce

i jak każdy śniący wiedział od razu, kim była ta osoba. To był Jezus.

– Życzyłeś sobie, żeby mnie zobaczyć, Ojczulku Panow – powiedział do

niego z życzliwością.  – Wypatruj mnie jutro. Odwiedzę cię w samo Boże

Narodzenie. Ale wypatruj mnie uważnie, bo nie zdradzę ci, kim jestem.

Kiedy Ojczulek Panov się w końcu obudził, biły już dzwony i smuga

porannego światła sączyła się przez okiennice. – Niemożliwe! –

powiedział Ojczulek Panov. – Dziś Boże Narodzenie!


Podniósł się i przeciągnął, żeby rozprostować kości. Nagle jego twarz

pokraśniała z zadowolenia, kiedy tylko przypomniał sobie swój sen. W

końcu miały to być wspaniałe święta, bo sam Jezus przychodził do niego

z wizytą. Jak może on wyglądać? Jak maleńkie dziecko, tak jak podczas

pierwszego Bożego Narodzenia? A może jak dorosły mężczyzna, cieśla

albo wielki Król, którym jest, Syn Boga? Będzie musiał go uważnie

wypatrywać, żeby go poznać, bez względu na to, pod jaką postacią się

zjawi.


Ojczulek Panov nastawił specjalny dzbanek kawy na swoje świąteczne

śniadanie, otworzył okiennice i wyjrzał przez okno. Na ulicy nie było

żywego ducha. Oprócz zamiatacza ulic. Wyglądał żałośnie i źle jak

zawsze, ale to chyba nic dziwnego. Kto chciałby pracować w dzień

 

Bożego Narodzenia, i to jeszcze w tak przenikający do szpiku kości

mroźny i mglisty poranek?

– Wejdź do mnie! – zawołał wesoło na całą ulicę. – Wejdź i napij się

gorącej kawy, żeby się ogrzać.

Zamiatacz podniósł na niego wzrok, nie wierząc własnym uszom.

Zupełnie onieśmielony był w stanie jedynie upuścić miotłę i przyjąć

zaproszenie do ciepłego wnętrza izdebki. Jego stare odzienie parowało z

wolna w cieple pieca, a on ogrzewał zmarznięte dłonie gorącym

kubkiem kawy.


Ojczulek Panov przyglądał mu się z zadowoleniem, ale od czasu do

czasu jego wzrok biegł w stronę okna. Nie mógł przecież przeoczyć

swojego specjalnego gościa.  

– Spodziewasz się kogoś? – spytał w końcu zamiatacz.

Ojczulek Panov opowiedział mu o swoim śnie.

– Cóż, mam nadzieję, że przyjdzie – powiedział zamiatacz. –

Podarowałeś mi trochę świątecznej radości, której się nigdy nie

spodziewałem. Zasługujesz na to, żeby twój sen się ziścił.

I uśmiechnął się.


Kiedy zamiatacz wyszedł, Ojczulek Panov wstawił kapuśniak na kolację,

a potem znów wyszedł na próg i wyjrzał na ulicę. Ale nie ujrzał nikogo.

Mylił się. Ktoś właśnie nadchodził.


Wolno i bezszelestnie szła młoda kobieta, opierając się co chwilę o

ściany sklepów i domów, zanim w końcu znalazła się w zasięgu wzroku

Ojczulka Panova. Wyglądała na wycieńczoną i niosła coś w rękach. Kiedy

podeszła bliżej, zauważył, że było to dziecko owinięte w szal. Na jej

twarzy, tak jak i na ściągniętej buzi dziecka, malował się taki smutek, że

serce Ojczulka Panova stopniało od razu.  

 





– Zapraszam do środka – zawołał, wychodząc im naprzeciw. –

Potrzebujecie się ogrzać i odpocząć.

Młoda matka pozwoliła zaprowadzić się do środka i posadzić wygodnie

w fotelu.

Z jej ust wydobyło się ciche westchnienie ulgi.  

– Podgrzeję trochę mleka dla dziecka  – powiedział Ojczulek Panov. –

Miałem swoje dzieci, więc wiem, jak to robić; mogę ją nakarmić, jeśli

chcesz.

Zdjął mleko z pieca i ostrożnie nakarmił dziecko łyżeczką, ogrzewając

jednocześnie jego nóżki.

– Ona potrzebuje butów – powiedział szewc.

– Nie stać mnie na buty – odpowiedziała dziewczyna. – Nie mam męża,

który by utrzymywał dom. Jestem w drodze do następnej wsi, żeby

znaleźć pracę.


Przez głowę Ojczulka Panova przemknęła pewna myśl. Przypomniał

sobie buciki, które oglądał ubiegłej nocy. Tyle że trzymał je dla Jezusa.

Ale kiedy spojrzał raz jeszcze na zmarznięte nóżki dziecka, od razu

zmienił zdanie.

– Przymierz je – powiedział, odnosząc dziecko i buciki matce. Pasowały

jak ulał. Młoda kobieta uśmiechnęła się cała szczęśliwa, a dziecko

zagruchało z zadowolenia.  

– Byłeś dla nas taki dobry – powiedziała dziewczyna, szykując się z

dzieckiem do wyjścia. – Niech wszystkie twoje świąteczne życzenia się

spełnią!


Ale Ojczulek Panov zaczął się niepokoić, czy jego wyjątkowe Boże

Narodzenie w ogóle nadejdzie. Może przeoczył swojego gościa?

Przerażony przeczesywał wzrokiem ulicę. Przechodziło nią wielu ludzi,

ale wszyscy mieli znajome twarze. Byli to sąsiedzi wybierający się w

 

odwiedziny do swoich rodzin. Pozdrawiali go i uśmiechali się, życząc

wesołych świąt. Wśród nich byli też żebracy. Ojczulek Panov pospieszył

do domu, żeby poczęstować ich gorącą zupą i kawałkiem chleba, ale

zaraz wracał na zewnątrz, żeby nie przeoczyć Ważnego Nieznajomego.

Zimowy zmierz zapadł zbyt szybko. Kiedy Ojczulek Panov podszedł do

drzwi i wytężył wzrok, nie mógł już dostrzec mijających go

przechodniów. Większość z nich była już i tak w domach. Powlókł się w

końcu do swojej izdebki, zatrzasnął okiennice i zmęczony osunął się w

swoim fotelu.


A więc to był jednak tylko sen. Jezus nie przyszedł.

Nagle zorientował się, że nie jest już sam w pokoju.

To nie mógł być sen, gdyż był całkiem rozbudzony. Początkowo

wydawało mu się, że przed jego oczami przesuwa się długi sznur ludzi,

których przyjął dzisiejszego dnia. Znów zobaczył starego zamiatacza

ulic, młodą matkę z dzieckiem i żebraków, których nakarmił. Kiedy

zniknęli, usłyszał szept:

– Nie widziałeś mnie, Ojczulku Panov?

– Kim jesteś? – zawołał w zdumieniu.

Wtedy usłyszał inny głos. Głos z jego snu – głos samego Jezusa.

– Byłem głodny, a nakarmiłeś mnie – powiedział. – Byłem nagi, a

odziałeś mnie. Byłem zmarznięty, a ogrzałeś mnie. Przybyłem dzisiaj w

każdym, któremu pomogłeś i którego przyjąłeś pod swój dach.

Nagle wszystko umilkło. Słychać było tylko tykanie zegara. Wielki pokój i

ogromne szczęście zdawało się wypełniać tak cały pokój, jak i serce

Ojczulka Panova, tak że chciał wybuchnąć głośnym śpiewem i

śmiechem, a w końcu zatańczyć z radości.

 

– A jednak przyszedł – wyszeptał.

 

Z rosyjskiego przełożyła Karina Bonowicz


Fot. A Sad Case Before The Bench, Thomas Protheroe,

www.fineartamerica.com  

 

                                               

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Statystyki wizyt:



Recenzje

Wywiady

Artykuły